Wiadomości

Grupa producencka nie jest idealną skrzynią biegów. Bywają zgrzyty

Grupa producencka nie jest idealną skrzynią biegów. Bywają zgrzyty

Fot.: Lucyna Talaśka-Klich

Rozmowa z Romanem Jagielińskim, byłym wicepremierem i ministrem rolnictwa, dziś sadownikiem i prezesem Grupy Producentów Owoców Roja

 

Nigdy nie cierpiał pan z powodu nadmiaru wolnego czasu, więc po co panu grupa producencka? Rozmawiamy w Regnowie i ciągle dzwoni pana telefon, co chwilę ktoś pyta o jabłka... 

Założyłem Grupę Producentów Owoców Roja, bo mieliśmy dużego odbiorcę jabłek, a tylko grupa może sprostać wymogom międzynarodowego handlu. 

 

Łatwo było namówić sadowników do wspólnego działania?

Niestety, nie.  Znajdujemy się na zachodnich krańcach grójecko-wareckiego zagłębia sadowniczego, ale zależało mi przede wszystkim na tym, żeby namówić do wspólnej pracy sadowników z gminy Regnów. Wielokrotne rozmowy z wójtem i innymi mieszkańcami tej gminy niewiele dały. Chyba tylko jeden sadownik dał się  przekonać, inni chcieliby sprzedawać swój towar, ale bez przynależności członkowskiej.

 

Przestraszyli się odpowiedzialności za wspólne decyzje?  A może są indywidualistami?

Niektórzy pewnie mieli obawy, że się nie uda. Na szczęście znaleźli się też tacy, którzy uważają, że grupa producencka to jest wielka szansa. 

 

W Polsce powstało sporo rodzinnych grup skupiających zaledwie po kilka gospodarstw sadowniczych. Może chodzi o to, że rodzinie łatwiej jest zaufać? 

Pewnie tak, ale nie tylko o zaufanie chodzi. Główny problem jest taki, że wielu ludziom  wydaje się, że wszystko „zrobi się samo”. Chodzi o inwestycje w grupie. 

 

A dokładniej o pieniądze na inwestycje?

Problemem jest przede wszystkim pozyskanie środków. Owszem, są pieniądze unijne na wsparcie dla grup, ale żeby móc je otrzymać, trzeba najpierw postarać się o wkład własny. Niestety, wielu polskich sadowników chciałoby tylko czerpać korzyści z bycia w grupie, gorzej jeśli mają coś dać. 

 

Jednak wam się udało. Ilu macie członków? 

Zrzeszamy 54 gospodarstwa sadowników z sześciu województw: łódzkiego, kujawsko-pomorskiego, mazowieckiego, świętokrzyskiego, śląskiego i dolnośląskiego. Gospodarują oni na ok. 1100 ha upraw. Nasza grupa powstała w 2010 roku, a już w 2011 rozpoczęliśmy inwestycje. Włożyliśmy ogromne pieniądze w zakład w Regnowie i w modernizację gospodarstw, łącznie z chłodnictwem. 

 

Ile musieliście czekać na pierwszą sprzedaż? 

Zakładając grupę już mieliśmy rynek zbytu, ale najpierw sortowaliśmy w gospodarstwach, potem w jednym zakładzie. Inwestycje rozłożyły się na lata. Sortownia pracuje od 2013 roku, etapowo budowaliśmy linie do pakowania owoców. Teraz mamy ich aż osiem. W ostatnim sezonie uzyskaliśmy pełną wydajność technologiczną. Mamy wreszcie wszystko to, co jest potrzebne do przygotowania i sprzedaży jabłek. 

 

Czy to znaczy, że dopiero na takim etapie członkowie grupy mogą odetchnąć?  

Żadna grupa nie działa tak jak idealna skrzynia biegów. Zgrzyty się zdarzają. Poza tym od czasu do czasu - nawet po zakończeniu dużych inwestycji - trzeba dolać oleju. Ten olej to kapitał, który należy pozyskać. Jak to się wszystko poukłada, to będzie dobrze albo nawet bardzo dobrze, ale po drodze i tak pojawią się jakieś zgrzyty. Wielu sadowników wciąż  ma ograniczone poczucie tego, że to, co wybudowaliśmy jest nasze, wspólne. 

 

Dotyczy to także sadowników - członków grup producenckich?

Tak. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że coś jest firmy, a nie moje. Niektórzy mówią: firma mi płaci. Nie czują tego, że sami sobie płacą.

 

Dalszą część wywiadu można przeczytać w dodatku Strefa AGRO, który jest dołączony do dzienników regionalnych [lista].

Komentarze

By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.